Winda do szczęścia nie działa, musisz iść schodami

Jest takie powiedzenie: nieszczęścia chodzą parami, ale nie słyszałam, aby ktoś tak powiedział o szczęściu.
Szczęście albo się ma, albo się go nie ma – mawia jedna z moich cioteczek. Na ogół panuje przekonanie, że szczęście przychodzi, kiedy chce i kiedy chce odchodzi, nie zważając na nasze pragnienia, czy protesty.
A jak naprawdę jest z tym najbardziej upragnionym stanem emocjonalnym?
O szczęściu decyduje przypadek, czy można je przywołać?

Szczęście to stan umysłu, którego nie można sobie postanowić. Nie wystarczy przeczytanie poradnika „Jak być szczęśliwym” pióra Crutchley Lee,  czy zastosować auto manipulacje proponowane przez Anthoniego Robbinsa w „Obudź w sobie olbrzyma”.

Wedle głosu medycyny za odczuwanie szczęścia odpowiedzialny jest aminokwas tryptofan, którego organizm nie potrafi sam wytworzyć, a który jest budulcem serotoniny.
Tryptofan pełni wiele bardzo ważnych ról w naszym organizmie, między innymi odpowiada za sen, stan włosów i skóry oraz wątroby, mięśni gładkich, a nawet za laktacje u karmiących matek. Jego niedobór powoduje na przykład bóle głowy, ale nadmiar też nie jest wskazany, bo może doprowadzić do uszkodzenia układu nerwowego.

Serotonina przepada za towarzystwem dopaminy (neuroprzekaźnik, produkowany i uwalniany przez komórki nerwowe znajdujące się w mózgu oraz rdzeniu kręgowym), której zasługi dla organizmu człowieka  są również bardzo  ważne. To dzięki niej człowiek pamięta  jak ma na imię oraz potrafi spojrzeć na ukochaną osobę przez różowe okulary.
Niedobór dopaminy w organizmie może nas wpędzić w stany lękowe, poczucie ciągłego zmęczenia oraz marazm. Z kolei nadmiar dopaminy powoduje problemy z koncentracją, a nawet urojenia.

Pora na pytanie: co zrobić aby wspomniana para (hormon z aminokwasem) dały się prowadzać na pasku? Czy jest to w ogóle możliwe?
Wystarczy spożywać: mięso, drób, ryby, orzechy, banany, daktyle, fasolę, jajka, ryż niełuskany, mleko, ser i twaróg oraz umiarkowanie alkohole.
Można powiedzieć, że człowiek sam jest kowalem swojego szczęścia.

Stwierdzenie: jesteś tym co jesz wcale nie jest czczą gadanina nawiedzonych dietetyków.
Wszystkie procesy psychofizyczne zachodzące w naszym organizmie, pozostają w ścisłej zależności od tego jakie reakcje chemiczne w nim się dokonują. To z kolei zależy od tego co jemy i pijemy, jakie leki i suplementy spożywamy,  jakie zażywamy używki oraz w jakich ilościach a także jakim powietrzem oddychamy.
Inaczej mówiąc, nasze odczucia i uczucia,  zdolność i zakres rozumowania (poglądy), odporność organizmu oraz czyny – wszystko co składa się na świadomość oraz sprawność ciała, ściśle od tego zależy.

Opierając się na raportach ONZ szczęście najczęściej występuje w klimacie umiarkowanym. Wynika z tego, że jesteśmy narodem ze wszech miar szczęśliwym. Kiedy patrzę po twarzach ludzi spotykanych na mieście trudno mi w to uwierzyć. Aż tylu ludzi źle się odżywia?

Z moich obserwacji wynika, że człowiek nie lubi afiszować się z własnym szczęściem, jedynie lubi się przechwalać, co ze szczęściem nie ma zbyt wiele wspólnego. Również nie bardzo potrafi cieszyć się cudzym szczęściem. Zaraz pojawia się poczucie niesprawiedliwości, pretensje do losu – dlaczego ona/on , a nie ja?! Cholera jasna! Psia krew!  
Szkoda, że szczęście nie jest zaraźliwe jak katar.

_Matylda_

Żona & mężowie

Czy któraś z Was, drogie panie, chciałaby mieć trzech mężów, w tym samym czasie?
To dopiero byłby gender – tak we czwórkę…
Spokojnie, proszę sobie nie robić apetytu na grupenseks. Poliandria rządzi się takim samymi prawami, jak poligamia. Noce spędza się w układzie 1 na 1. A poza tym, orgia raczej nie miałaby racji bytu, bo w końcu to żona, a nie jakaś pierwsza lepsza zdzira.

Poliandria nie jest aprobowana przez lokalne prawa, ale doszły mnie słuchy, że szwedzki parlament rozważał projekt jej legalizacji.
Współcześnie ten model rodziny występuje na każdym z kontynentów (nawet wśród Eskimosów), w około 30 społecznościach.

Próbuję sobie wyobrazić, co by było, gdyby poliandrię przenieść na rodzimy grunt. Pomijając głośny protest rozciągający się od ul. Miodowej w Warszawie po Dom Św. Marty w Watykanie.
Kobieta mająca trzech mężów nie musiałby pracować zawodowo. 3 pensje pozwoliłyby jej opływać we wszelkie dostatki. Nie musiałaby się kłopotać sprawą ustalenia ojcostwa. W kulturach poliandrycznych ta kwestia rozwiązywana jest na jeden ze trzech sposobów. Arbitralne przypisanie ojcostwa każdego dziecka do jednego ojca, lub wszystkich dzieci najstarszemu mężowi, albo każde dziecko ma tylu ojców, ilu matka mężów.
W tym miejscu naszła mnie wątpliwość, bo znając polskie realia, panowie pobiegli by w te pędy do sądu rodzinnego, aby się upewnić we własnym ojcostwie – na wypadek rozwodu uniknąć płacenia alimentów na cudze bachory.

A jak wyglądałoby życie rodzinne z trzema mężami?
Weźmy np. mecz w TV, salon zamieniłby się w pub, a weź to potem wywietrz. A urlop? Jakie kryteria decydowałyby o wyborze towarzysza podróży? Losowanie, czy według zasług?
Trzech mężów to co najmniej dwie pralki chodzące na okrągło, a jak przyjdą na świat dzieci? Kto będzie do nich wstawał nocą? A kiedy podrosną, który z tatusiów chodziłby na szkolne wywiadówki? Wszystko na głowie jednej kobiety?

Poliandria nie jest obca przyrodzie. Występuje u pszczół, niektórych gatunków żab i ryb oraz ptaków, a nawet wśród małp szerokonosych. A to chyba wystarczająca przesłanka, aby uznać wielomęstwo za legalne; na takich samych prawach, jak uznano homoseksualizm. Jednak jest pewno ale – niech Was nie zwiedzie reality show „Rolnik szuka żony” –  wskaźnik feminizacji w Polsce wynosi 107 kobiet na 100 mężczyzn. Gdyby co do czego, znacznie wzrósłby odsetek singielek. Np. w moim mieście, na 30 czerwca 2016 roku było 143 tysiące kobiet bez stałego partnera. Jeśli normą byłoby posiadanie 3 mężów to liczba kobiet bez pary wzrosłaby do 678 tys!. Choćby z tego względu na poliandrię nie ma szans.

Inspiracją do napisania postu był ten film – klik!

_Matylda_

Jesteśmy skończeni?

23 września 2017 roku, skoro świt, ma się pojawić na niebie  układ ciał niebieskich, objawiony biskupowi Efezu, Janowi, zwiastujący koniec naszego świata:
” I ukazał się wielki znak na niebie: Niewiasta odziana w Słońce i księżyc pod stopami jej, a na głowie jej korona z dwunastu gwiazd”.  (Objaw. św. Jana 12.1)
Pozostanie po nas jedynie energia dusz.

Według astronomicznych prognoz, we wrześniu, Jowisz opuści skąpaną w blasku Słońca konstelację Panny, mającej nad sobą 12 ciał niebieskich – 9 z zodiakalnego Lwa i 3 sąsiadów Ziemi: Wenus, Merkurego i Marsa, a pod sobą ziemski Księżyc.
Według generowanych komputerowo modeli astronomicznych, układ ten nigdy nie występował w historii ludzkości.

Nie znam katolika, który tę datę, czy jakąkolwiek inną, uznałby za wiarygodną. Przyczyna tkwi w słowach przypisanych Jezusowi: „A o tym dniu i godzinie nikt nie wie”. Natomiast znam jednego niekatolika, u którego wiadomość ta wywołała uczucia ambiwalentne. 

Jakby tego było mało, w trzeciej dekadzie września  ma dojść do kolizji Planety X (Nibiru) z Ziemią. Nie wykluczone, że Bóg Marduk stracił posłuch wśród Anunnaków (stwórców homo sapiens), i wkurzony postanowił ich zgładzić, za jednym zamachem obracając w perzynę ich planetę wraz z dziełem.

Ponadto, wśród astronomów budzi niepokój niestabilna trajektoria planetoidy 2012 TC4 , obserwowanej przez teleskop  VLT. 12 października asteroida ma przemknąć obok Ziemi w minimalnej odległości około 44 tysięcy km, ale niewykluczone, że nie zdoła Ziemi wyminąć.
Jak nie kijem to pałką.

Ziemia stała się ostatnio bardzo popularna w kosmosie, rzekomo NASA odkryła w naszym układzie słonecznym flotyllę statków Obcych, w ilości 12 (!) sztuk. Początkowo naukowcy pomylili je z asteroidami, ale ich inteligentne pochodzenie  zdradziły niezidentyfikowane sygnały radiowe krążące  między nimi. A, że dysponują nieznaną na Ziemi technologią – a dysponują, skoro pokonali dzielące nas lata świetlne – zostaną niepokonani. Obcy planują inwazję na wrzesień.
Ziemskie systemy obrony będą czekały w pogotowiu, rakieta w rakietę, rosyjskie i amerykańskie, co ze zrozumiałych względów okryte jest tajemnicą, aby nie wywołać paniki.
Fakt, informacja, że życie 7 miliardach ludzi jest zagrożone, może przerosnąć naszą wytrzymałość nerwową, co już miało miejsce w historii świata, a ściślej Ameryki Płn  – 30 października 1938 roku, za sprawą nadania radiowej adaptacji powieści Herberta George’a Wellsa „Wojna Światów”.

Od lat pojawiają się niesprawdzone  informacje, że  Obcy potajemnie lądują na Ziemi, aby ingerować w ludzkie DNA, co skutkuje tworzeniem alienoludzkich hybryd, przed ich narodzinami odbieranych ludzkim matkom. Dlaczego nagle chcą się ujawnić? Aby nas wybić do nogi, czy  uczynić z nas niewolników? Rozumie się samo przez się, że  mają wrogie zamiary wobec Ziemian. Ludzie czynili tak samo po odkryciu nowych lądów.

Czy jest się czego bać?

Ależ skąd. Polacy są narodem wybranym przez Boga Adonai, co ujawnił umierający kardynał August Hlond. Jedyną bronią, której użyje Polska, odnosząc zwycięstwo – to Różaniec. 7 października odbędzie się akcja „Różaniec do granic”, na zakończenie obchodów 100 rocznicy Objawień Fatimskich. Wzdłuż granic Polski ustawią się chrześcijanie, aby odmawiać Różaniec w intencji Polski i całego świata.
 
Według interpretacji proroctw Nostradamusa, ikony wszystkich jasnowidzów, koniec świata miał nastąpić 25 listopada 2015 roku – :lol:
Nasz narodowy jasnowidz z Człuchowa powiedział, że 23 września 2017 roku koniec świata nie nastąpi. A „jeżeli nawet nasze istnienie na Ziemi się skończy, to my jako zbiór informacji, będziemy istnieć dalej”.

Najpewniejsze w tym wszystkim jest jedno: apokalipsa to wydarzenie ruchome.

Do proroctw zwiastujących koniec świata zdążyłam się przyzwyczaić, więc i tym razem przeszłabym nad tym do porządku, gdyby nie jedno ale. Po raz pierwszy ma miejsce  kumulacja apokaliptycznych zapowiedzi, co sprowokowało mnie do zadania sobie pytania: co bym zrobiła, gdyby informacja o końcu świata była pewna na bank.
Jakąkolwiek podjęłabym decyzję z pewnością trzymałabym się obecnie wyznawanej zasady:

1440

_Matylda_